poniedziałek, 4 lipca 2011

XIII

Nie chodzi mi już o sam fakt. Tylko o te cholerne zasady. O te pieprzone zasady nakazujące dotrzymanie słowa a nie rzucanie ich na wiatr. Tylko i wyłącznie o to. Reszta jest nieważna. Zakłamana. Widocznie pewne reguły nie dotyczą wszystkich. Jeśli to jest normalne to ze mną jest coś nie tak. Może źle odbieram wszystko. Może to ze mną jest coś nie tak. Nie wiem o co chodzi, ja tu tylko sprzątam.
Szczerość to nie wymyślanie i koloryzowanie przymiotów. Samo to czyni wszystko niewiarygodnym pozbawiając sensu całą historię. Do dziś się sprawdza w trudnych sytuacjach, że lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwa. A no właśnie. Prawda. Bez okręcania w bawełnę. Jasna sytuacja. Bez niedomówień. Czy to tak wiele? Kłamstw i tak już jest niemało więc w imię czego to wszystko? Mówią, że cel uświęca środki. Nie zawsze. Nie tutaj.
Rozmowa. Niby nic jednak takiej mi brakowało. Dawno nie było takiej. O wszystkim i o niczym. Szczerość. Zaufanie. Jak z najlepszą kumpelą. Na każdy temat. Kiedyś.. codzienność. Dzisiaj, rzadkość. Gatunek na wymarciu. Pod ochroną. Dlatego jej intensywności nie zażywam  tak często jakbym chciała. A szkoda. Brakowało mi tej osoby którą znałam. Przed tym wszystkim. Kiedy było jeszcze wyśmienicie. Kiedy to było normalne. Tęskno mi do tego. Do tego co zaprzepaściłam. Przyjaźń? Możliwe. Na pewno fantastyczne relacje. Teraz ta namiastka przeszłości daje radość ale głównie powody do pewnych przemyśleń. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może jest jeszcze jakaś szansa, nadzieja. Może kiedy jeden rozdział zostanie zamknięty, inny ktoś otworzy ponownie, w miejscu w którym został przerwany. Może pewnie znaki na niebie i ziemi wskazują na to. Może tak mi się tylko wydaje. Może tylko jak tak to odbieram. Za dużo 'może'. Dlaczego nic nie jest jasne? Dlaczego nie ma ani jednej klarownej kwestii której da się zaufać? Tylko same niepewności. Kłamstwa i niedopowiedzenia. Żadnej jasności. Zero prawdy. Mało słów wypowiedzianych wprost. Nawet spojrzenia mają w sobie coś niepozwalającego określić intencji. Chociaż ten specyficzny sposób i uśmiech umożliwiają to. Co z tego jeśli źle odbieram wszystko. Interpretacja nie pasuje do sytuacji. Ale są takie momenty kiedy wątpię w fakty które da się zakwalifikować do kategorii zaprzeczających istnieniu tej możliwości pojawiającej się wraz ze wzrokiem. Specyficzny. Tak samo jak uśmiech. I wtedy zastanawia mnie czy myśli pasują do tego. Czy też mają taką barwę, odcień i intensywność. Czy są tutaj, czy może zupełnie gdzieś indziej. Daleko. Co jeśli są tu? Co jeśli w miejscu prawdopodobnym, tam gdzie być powinny? To tam powinny być uwiązanie a nie wędrować gdzieś indziej. Być tu. Tak jak serce nakazuje. Chyba że właśnie ono nie pozwala tam być. Ciekawa ewentualność. Nieprawdziwa. Błękitna.
Jeden uśmiech ponad wszystko do życia zachęca ale już nie tak. Nie czuję tego. Ale jest fajnie. Nie czuję tego. Przecież o to chodziło. Nie czuję tego. Jest fajnie. Nie czuję tego.
I to dziwne uczucie kiedy czytam stare rozmowy.. Miałam odnaleźć tylko jeden tytuł a wróciłam do wszystkiego. Uśmiech na pół twarzy. Jeju jak dawno to było.. Zadziwiające jak zwykła rozmowa, o niczym szczególnym potrafi poprawić humor. Jej odtworzenie również. Tak było zawsze. I choć czasami  byłam chyba głównie zasmucona informacją o sposobie spędzania wieczoru to nie potrafiłam się długo gniewać. Nie na kogoś takiego. Teraz nie miałabym pretensji nawet o to. Byle tekst wywołuje śmiech.. Bo kto najlepiej odciągał mnie od czarnych myśli? Tytuł najlepszego pocieszacza w historii został przyznany. Zasłużony jak najbardziej. Jest ktoś kto wierzy. Ktoś kogo "poproszę uśmieszek" rzeczywiście go powoduje a 'kolorowych snów' naprawdę je ubarwia. Wtedy noc jest jakaś spokojniejsza, piękniejsza. Była.
Kiedy nie wybiegam daleko w przyszłość, przekonałam się co do wyjazdu. Na krótką metę. Perspektywa spędzenia całych wakacji z dala od tego co mi bliskie nie pomaga. Wniosek? Jest tylko dzisiaj. I jutro. Reszta się nie liczy.







Czy to ja nic nie rozumiem, czy oni zwariowali?

wtorek, 21 czerwca 2011

XII

Te wakacje miały nam pomóc. Okazuje się, że tylko zaszkodzą i podzielą. Nie chcę ich. Nie wniosą nic dobrego. Wolałabym chodzić do szkoły niż.. Nie chcę tego. Nie wiem jak to zrobię ale muszę. Tak nie może być. Nie takie były plany. Mieliśmy być razem. Wszyscy. Miałyśmy być razem. Odległości liczone w dziesiątkach, setkach metrów. Nie kilometrów. Całe wakacje zmarnowane. Nie widzi mi się bezczynne obijanie się z dala od wszystkiego kiedy mogłam być tu. Mogłam ale oczywiście zawsze ktoś ma jakieś sprzeciwy. "Nie zostaniesz sama." Nie byłabym sama. Co to to nie. Miało być inaczej. Miało być tak pięknie, tak normalnie, zwyczajnie.. Ale nie, bo ktoś zawsze musi zepsuć plany, zatruć już u korzenia.  Co to za wakacje kiedy nie przynoszą ukojenia? Kiedy ograniczają wszystko, nie dają spokoju ani upragnionego odpoczynku?
Żałuję. Żałuję cholernie. Może nie całego ogółu ale tego na co niejako wyraziłam zgodę. Po co mi to było? Nie wiem. Dlaczego? Nie wiem. Ot tak po prostu, może teraz będzie inaczej. Może jednak. A co tam, raz się żyje. I później się żałuje. Gdyby nie to wszyscy byli by zadowoleni, problemów też by nie było.
Wyszło jak wszyło. Nie rozumiem tego wszystkiego. Nie ogarniam tych sytuacji. Nie pojmuję, po prostu nie pojmuję. To bez sensu. To nie ma chociaż najmniejszego sensu. To jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. I po co? Po co było to wszystko? W imię czego? W imię czego pytam? Jaki cel był w tym zawarty? Jakie korzyści? Czy to w ogóle miało cel..? Czy to było zamierzone, zaplanowane? Pełen spontan? Bo 'tak jakoś wyszło'?  Dla zabawy, rozrywki?  Nie rozumiem tego.
Coraz bardziej przekonuję się do wyjazdu. Może tak będzie lepiej. Może tu się wszystko ułoży, ja przemyślę całą sprawę, wrócę i w nowym świetle zobaczę to co zostało. Może to coś da. Po prostu nie mam siły trwać w tym. Obecna sytuacja mnie przerasta. Za dużo kłamstw i niedomówień. Gubię się w tym. Jak odróżnić prawdę od mistrzowskiego blefu? Mam tego dosyć. Długo nie wytrzymam. Potrzebne są jakieś wyjaśnienia, sprostowania lub po prostu prawda. Prawda. Czy to tak wiele? A co z rozmową? Taką szczerą jak niegdyś?
Czy będę żałowała końca? Wątpię. Odcięcie się może i jest pójściem na łatwiznę ale nie ja pierwsza to zaproponowałam.
Tym razem koniec. Cięcie ostateczne. Teraz inicjatywa wyszła od drugiej strony. A to niespodzianka. Bo któż by się spodziewał? Ale mam tego dosyć. Serdecznie dosyć. Żadnej jasności. Same pozory i niedomówienia. Nie ma sensu ciągnąć to wszystko nie znając intencji, nie wiedząc czego można się spodziewać. Po prostu nie ma sensu. I tak prędzej czy później tak by się stało. Lepiej wcześniej. Naprawdę. Większego bigosu nie potrzebuję. Dziękuję serdecznie za obecny. 
Nowe przekonanie- zaćmienia zwiastują diametralne zmiany. Negatywne, kiedy nie udaje się z różnych względów obserwacja tego zjawiska.  I pomimo, że po zaćmieniu noc jest spokojna nie znaczy, że będzie dobrze. Wręcz przeciwnie. Jest tragicznie. Musisz wybierać. Czas się zdecydować. Albo rybki, albo akwarium. I nie wmawiaj mi, że będzie dobrze bo doskonale wiesz, że nie będzie. Nie wmawiaj mi, że będzie dobrze póki w to nie uwierzysz. Nie dawaj złudnych nadziei kiedy masz pewność, że fundamenty są skażone a sama wiara nie ma najmniejszego sensu.






Just because everything's changing
doesn't mean it's never been this way before.

piątek, 3 czerwca 2011

XI

Zadziwia mnie jak bardzo olewam tą sprawę. Jestem z siebie dumna. Kompletnie mnie nie obchodzi co się dzieje. Całkowite wyjebane na to. Lubię to uczucie. Niby obustronna ignorancja, z mojej strony stuprocentowa, z drugiej nie wiem ale jak coś trzeba, wraca pamięć o małej, głupiej Cld, która przez swoją naiwność zawsze pomagała. Kiedyś to przynosiło ogromną radość. Niemożliwość zadawała ból ale teraz to się zmieniło wraz z moimi relacjami na linii ja-ktoś. Może i wdzięczność była prawdziwa. Teraz jest złudna. Już mnie to nie obchodzi. Nie zamierzam wracać do tego. Było fajnie, ok ale się spieprzyło. Ile to już? Pół roku? Więcej? Nieważne. Dobrze jest jak jest.
Te wakacje miały być inne. Okazało się, że jednak nie będą takie jak było to przewidywane. Zmiany po całości. Trudno. Do niczego zmusić się nie da. Mam wiarę. Mam wiarę w to, że pomimo wszystko i tak te dwa miesiące będą udane. Tyle pomysłów, koncepcji, sposobów.. Musi się udać. Bo jak się ma z kim spędzać czas, wszystko dzieje się szybciej, efektowniej, przychodzi łatwiej, trudniej zapomnieć. Bardziej emocjonalnie . Jeśli masz z kim spędzać czas, nabierasz masę sentymentów. Do wszystkiego. Miejsc, przedmiotów, sytuacji, pogody, smaków, zapachów, tekstur, kolorów. Ludzi. Znasz to uczucie kiedy chropowata powierzchnia drzewa przypomina Ci o czymś? Kiedy zapach ciepłego wieczornego deszczu przywołuje wspomnienia? Słyszysz jakieś słowo i w głowie odtwarzają się najlepsze sceny z nim związane? Wszystko wydaje się być inne. Lepsze.
Brakowało mi takiego spotkania. Brakowało mi takiej rozmowy, tego widoku.. Uśmiechu.. Brakowało mi cholernie. Ale.. ale to nie jest już to samo. Coś się zmieniło. Sądziłam, że coś takiego nie może tak po prostu się skończyć. Czas zaciera relacje osłabiając jednocześnie więzy. Nawet zniknęło pełne zaufanie, chociaż ja ufam nadal. Bezgranicznie. Mam wrażenie, że ta przyjaźń wyblakła. Żałuję, że tak się stało. To nie jest dobre. Nie wiem czy mogę zrobić coś żeby było jak dawniej. Potrzebny jest stały kontakt a uczucie, że na tych relacjach zależy tylko jednej stronie nie pomaga. Przeraża mnie to wszystko. Zbyt dawno nie rozmawialiśmy. To karygodne. Ale to moja wina.
I znowu się wszystko sypie. Który to już raz? Który to już 'definitywny' koniec? Kolejny. Następny. Ale czy będzie jak zawsze? Czy znowu wszystko wróci do normy? Zawsze wracało. W większym lub mniejszym stopniu ale wracało i jakoś to było. Dawaliśmy radę.  Udawało nam się jakoś pogodzić to wszystko. Teraz sprawa trochę inna. Inna kategoria. Inna waga powagi. Ale jest tak samo. Jak za każdym razem. Ograniczenie. Ta. Chyba w drugą stronę. Jak na załączonym obrazku. Co i jak dalej nie rozumiem. Po prostu tego nie wiem. Coś chyba umknęło. Jakiś kluczowy moment, element który wpłynął na to. To wszystko co jest nie pasuje do tego co było. Sorry Winnetou ale nie pojmuję tego wszystkiego. Bigos. Bigos kompletny.
Księżyc chyba zmienił orbitę. Kosmiczna eksplozja wyrzuciła planetę poza ten układ. Słońce zgasło. Powstała supernowa. Ona zgaśnie. Zblednie. Będzie niewidoczna. Już niedługo. Mgławice też nie są trwałe. Ale te eksplozje wprowadzają wielkie zmiany we wszechświecie. Skład chemiczny już zmieniony. Nowe pierwiastki, związki i reakcje też. Nowe nie znaczy lepsze.
To będzie ciężki rok. Wrzesień tragiczny. Z czasem może będzie odrobinę łatwiej ale boję się że sobie nie poradzę. Po prostu nie dam rady. Jestem zbyt słaba. Zero warunków sprzyjających. Nie dam rady. Załamania nerwowe  i depresje gwarantowane. Obawiam się najgorszego. Boję się, że będzie tak jak nie powinno. Boję się że to droga do powolnego końca. Ale tak nie może się stać. Nie może. Choćbym miała zrobić wszystko co będzie trzeba, nie może. Nie może.





Tutaj gdzie jestem mam swoje szczęście
Swoich ludzi i pomocne ręce i nie chce nic więcej
Swoje problemy i życie, którym żyjemy
Ponad wszystko

niedziela, 29 maja 2011

X

Miłości nie ma dziś. Nie ma tej prawdziwej. Jest tylko 'miłość' i przywiązanie. Jedna i druga skutecznie mnie omija ale to chyba dobrze. Nie wyobrażam sobie takiego spotkania. Nie wyobrażam jak ktoś obcy mógłby mnie pokochać. Po prostu tego nie widzę. To niemożliwe.  Nikła uroda, przeciętny wygląd, odrażający uśmiech, szczególnej inteligencji nie odnotowano. Z czym do ludzi. A jednak wychodzę z tym czego nie mam. Krytyka i brak pozytywnych opinii jakoś specjalnie mnie nie obchodzi. Po prostu przekonanie, że miłości dla mnie nie ma wrosło głęboko w moją podświadomość. Jest rodzina, są przyjaciele. Jasne. Oni są zawsze.
Wykład o narkotykach był. Wiemy wszystko na temat wciągania. Nie w nos. Fajnie. Można działać. Równie dobrze mleko może zastąpić czymś mocniejszego. A może zielona? 'Soczek'? Kompletna dowolność. Głowa podobno nie boli a więc niczego nam nie dosypali. Wiedza bez białego doświadczenia. Ci ludzie mnie zadziwiają. Ostatnio coraz bardziej. Czyżby ktoś uległ jakimś wpływom? Taka samoistna zmiana? Moje argumenty kiedyś nie przemawiały. Kompletny brak skutków.  A gdyby tak mieć na kogoś wpływ.. Ciekawe, jak to jest żyć ze świadomością, że jest ktoś, kto przed podjęciem jakiejś decyzji lub nawet w życiu codziennym uwzględnia twoje zdanie.. Wiem kogo pytać.
Czas wielkich zmian i podejmowania niezwykle ważnych decyzji odkładam na później. Perspektywa pozostania kusi. Choćby ze względów uwielbienia stylów. Klimat wydaje się być niezwykłym. W moich wspomnieniach takim jest. Jest tam jakaś magia powodująca, że przy przeglądaniu zdjęć miejsc w których jeszcze nie byłam wypływają ze mnie emocje jak gdyby z tymi kamienicami wiązały się setki wspomnień. Może to przez architekturę. Zachwycającą. Chciałabym. Chciałabym ale nie można po prostu porzucić wszystkiego, zostawić znajomych i ruszyć w nieznane. Po części znane ale jednak nie jest znane do końca. Niby obce miejsce ale dziwnie mi bliskie. Podobieństwo. Uderzające. I sentyment. Kocham to. I właśnie dlatego jestem za. Nawet samotne wędrówki były by efektowniejsze. Urokliwe. Nastrojowe oświetlenie wąskich uliczek wieczoru. Piękny obrazek. Ale nie potrafiłabym zostawić tego co mam teraz. Nie jest idealnie ale nie ma co narzekać. Tak po prostu zrezygnować z tych wyjść, powrotów, spotkań, rozmów.. Z Was. Kontakt by był, jasna sprawa ale to nie to samo. Spotkania żałośnie częste. Wakacje, ale to nie pewne. Święta tak samo. Nie wyobrażam sobie tego. Sama decyzja i działanie dużo ode mnie by wymagały. Szmat czasu poświęcany na naukę. A psychika? Ile byłoby nieprzespanych nocy pełnych tęsknoty i powracających wspomnień. Nie potrzebuję zdjęć żeby pamiętać. Te najlepsze są zakodowane wewnątrz. Bez możliwości usunięcia.  Jeśli się zdecyduję, czeka mnie wiele pracy. Nauka wszystkiego od początku jest jednym z najważniejszych elementów. O reszcie wolę na razie nie myśleć. Mam jeszcze czas ale myślę, że ostateczną decyzję podejmę nie w najbliższym czasie, ale za cztery lata. Tak będzie lepiej. Trochę łatwiej. Teraz byłby to skok na głęboką wodę. Przez ten czas może pewne sprawy się wyjaśnią, coś się zmieni, coś się spieprzy. Może będę żałowała mniej lub bardziej. Może coś mnie zatrzyma.
Tą sprawę odkładam do szuflady. Nie na czarny koniec ale tylko na dno. Żeby łatwiej, szybciej było do tego wrócić. Kiedyś trzeba. Ale to dobrze, że wyszło jak wyszło.
5 spraw równolegle.. I to dosyć istotnych w ostatnim czasie. Ledwo zdążyłam przywyknąć i już trzeba odzwyczajać się? Jednak nie. Jakoś jest. Dajemy radę. Też jest dobrze. Inaczej ale dobrze.






Jeden zwykły dzień może zmienić życie
Jeden zwykły dzień może zmienić świat
Jeden zwykły dzień może dać Ci siłę

sobota, 30 kwietnia 2011

IX

Zawsze kiedy wychodzimy gdzieś lub nawet przechodzimy do innego pokoju, pada to samo pytanie i za każdym razem moja ta sama przecząca odpowiedź. Nigdy nie możemy porozmawiać nie tylko o tym ale o wszystkim. Dlaczego? Takiego ogona nie możemy się pozbyć. A tyle chciałabym powiedzieć.. Mojej opowieści nie mogę zacząć z kimś takim siedzącym obok. Za duże ryzyko. Nie mam tak komfortowej sytuacji w której pewnością jest brak jakichkolwiek konsekwencji. Być może dopiero za kilka lat-jakie kilka, już niedługo - przeniesiemy się do wolnego pomieszczenia, tylko my, usiądziemy  z winem i porozmawiamy o wszystkim. Jak nasze matki kiedy się widzą co ostatnio jest rzadkością z wiadomych względów. Dobrze, że my możemy spotykać się. Dwa razy w roku, cóż..  Lepszy rydz niż nic.
Często zastanawiam się co by było gdybym została. Gdybyśmy zostali tam. Jaka bym była. Jak różna od tej którą jestem. Być może uległabym temu czemu ulegli ci których o to nie posądzałam. Ci do których to nie pasuje, po których nie można było się spodziewać. Cichociemni ze szlugiem. Tak, to jest wszędzie ale w niektórych miejscach uderza to bardziej. W tych ważnych i ważniejszych. Ci ludzie, ważni i ważniejsi. Różni i różniejsi. Może i charaktery nie uległy drastycznym zmianom ale nawyki tak. Towarzystwo zmienia ludzi. Walczyłam z tym bo nie rozumiałam tych znajomości. Nie rozumiałam bo nie znałam ich takich. Takich o jakich opowiadał mi ktoś. Ktoś komu ufałam. Kogo nienawidziłam w tamtym momencie. Nie rozumiałam tego. Teraz nigdy bym tak o nich nawet nie pomyślała. Uprzedzenia nie są dobre. Nie wszyscy są źli. Nigdy więcej wydawania opinii bez uprzedniego poznania. Nie mam zamiaru znowu się na tym przejechać. Kolejny raz.  Zastanawia mnie czy wszystkie domówki, ogniska, picia w plenerze itp. dotyczyłyby mnie i w tak dużym stopniu miały wpływ na wszystko łącznie z nauką. Ciągłe melanże, niemal codzienny kac i siedzenie z papierosem w ustach? Nie dziękuję, ale... Może każde wyjście z domu wiązałoby się z zapaleniem, każdy późny powrót do domu, po mniej lub bardziej ostrym picu, z nadzieją nie spotkania coraz częściej kursującej policji. Może. Na chwilę obecną tak nie jest. Na jak długo, okaże się.
Tak. Tak zrobimy. Nie dzisiaj. Może jutro. Może za tydzień, miesiąc, rok. I też bez powodu. Tak po prostuj Odejdziemy, ale z nimi. Chociaż nie zam tych zamiarów, to jeśli robimy coś, to razem. Nie ważne gdzie, ważne z kim. Dobrze by było zniknąć na pewien czas. Odciąć się od tego wszystkiego. Żyć obecną chwilą, nie martwić się o jutro a jedynym powrotem do przeszłości jest przypomnienie o miejscu w którym ostatnio  zostawiony był telefon. Przytulny drewniany dom w leśnym zaciszu i tych kilka osób. Czego chcieć więcej? Na chwilę obecną musimy zadowolić się wieloma innymi równie dobrymi miejscami. Nie ważnie gdzie, ważne z kim. I jedyną przeszkodą jest ciągle pogoda. Nie tyle deszcz, co burze. Lubię deszcz. Kiedyś ktoś sprawił, że przestał być tak uciążliwy. Dodał trochę magii i troski. I coś się zmieniło. Niedługo po tym. Ale to było dawno. Nie ma potrzeby wracać do rzeczy przeszłych. Tych złych i dobrych. Pomimo wszystko sentyment  jednak pozostaje. Deszcz  i wspomnienia. Samotne spacery - to jest to.
"Wina zawsze leży po obu stronach". Tak, przyznaję rację. Tak jest za każdym razem. Może i zawsze jednemu zależy bardziej co komplikuje wszystko, zadbajmy jednak o to, żeby każdemu z V kłótnie między sobą były obce. Kwaśna atmosfera psuje wszystko. Żegnamy ją. Wracamy do starej.
Pierwszy raz wyobraziłam sobie to. Niezbyt spójna całość. Brak ogólnej harmonii. Jakieś nie dopasowanie. Może zbyt duża różnica, zbyt głęboka przepaść? Raczej nie. Po prostu nie wszystko ze sobą współgra. Nie wszystko dobrze wygląda. Kilka cech wspólnych. Tylko tyle. Za wiele różnic. Pod każdym kątem. Pewne sprawy nie mają prawa istnienia. Może nie tyle prawa. Prawo mają. Nie mają możliwości. Ja nie daję im prawa bycia. Ze względu na bezpieczeństwo i ostrożność. Pozostaje jeszcze zawód. Lepiej się nie angażować.
Jak będzie, okaże się już niedługo. Miejmy nadzieję, że pozytywnie. Bardzo pozytywnie. Zawsze zostają jakieś wspomnienia. Jakie, to już zależy od nas. 

 




Może możemy być szczęśliwi gdziekolwiek
Móc zawsze i wszędzie, móc polegać na sobie



czwartek, 21 kwietnia 2011

VIII

Zadziwiające jak wiele w ciągu tak krótkiego czasu się zmieniło. Może i w ostatnich dniach trochę zawalam naukę ale jednak mimo wszystko nie żałuję. Naprawdę. My nie siedzimy,nie rozmawiamy, nie śmiejemy się, nie chodzimy. My pracujemy na wspomnienia. Na myśl o tych z ostatnich tygodni automatycznie uśmiech sam się pojawia.
Czyżby dane było mi znowu mieć do czynienia z tym chłodnym dotykiem? Nie wiem czy chcę. Nie wiem czy to by coś zmieniło bo i tak zmieniło się wiele. Nie wiem czy chcę do tego wracać. Na pewno mniej niż kiedyś. Skończy się na nadziei. Jak zawsze. Ale chyba mimo wszystko tak trochę,odrobinę chcę. I tak mam wiecznie zimne dłonie.
Ale to nie są już te same rozmowy. Szkoła to nie temat z kimś, kogo kiedyś miałam niemalże za przyjaciela. Brakuje mi tamtego czasu kiedy obecność stała się częścią codzienności. Chyba bardzo powoli ten stan powraca. Mozolnie. Nie można wiecznie czekać na coś czego być może nigdy nie będzie. Zawsze ja byłam niecierpliwa. Ale nie. Oboje tacy byliśmy. Byliśmy bo  raczej już nie jesteśmy. Przynajmniej ja.
15 minuta? Obawiam się, że jestem za.
Uzależnieniem nazwałam przyzwyczajenie. Ładnie.  Cały czas popełniam błędy. Ładnie. Nie doceniłam tamtej 'codzienności', zaprzepaściłam szansę na codzienność i żałuję. Ładnie. Ja pierdzielę. Z kim ci ludzie żyją.
Limit tygodniowych połączeń wykorzystany. Jakich tygodniowych. Miesięcznych. Nie zadzwonię. Z wielu powodów. Teraz Twoja kolej.  Kiedyś zawsze odbierałam. Teraz w sumie też ale bez większego entuzjazmu. Moje nastawienie do wyświetlającego się imienia przy dźwiękach sentymentalnego utworu zmieniło się już jakiś czas temu. I nie było to kilka tygodni ale miesięcy wstecz. Może to i dobrze ale obecne zachowanie nie zmienia tego. Na razie.
(...) pojawia się myśl 'co by było gdyby?' Oj chyba wiem..Zbieramy się od dwóch godzin, później oni wracaliby z nami. Kilkadziesiąt minut pod moim domem, dalej idziemy wszyscy, kwadrans pod Twoim, pożegnanie, pół godziny drogi powrotnej, nie jestem sama, kolejne podanie dłoni, mija następna godzina, jestem w domu. Codzienna trasa, dobrze znany każdy jej punkt. Kolejny chłodny wieczór, zimno jest tylko nam, rozgwieżdżone bezchmurne niebo, ktoś jest za nami, ktoś przed nami, ktoś przyjeżdża, już nie wiem ile jest osób  i jaki  ich procent był od początku. Wszystko jak wczoraj,przedwczoraj i tydzień temu. Niby zawsze jest tak samo jednak za każdym razem inaczej . Kocham ten klimat ale muszę przyhamować. W końcu ta dobroć się skończy i wiadomo czym to zaowocuje a wolałabym z tego nie rezygnować. Za bardzo by mi brakowało tych ludzi, którzy są zawsze. Za każdym razem kiedy planujemy wcześniejszy powrót wychodzi jak zawsze. To chyba najlepiej świadczy o tym jak jest. Mamy czas do czerwca i okoliczności sprzyjające. Samowolne organicznie nie sprzyja temu ale lepsze jest od przymusowego. Znając życie będzie bez zmian ale warto próbować. Przewiduję ostre jazdy w wakacje. Namiot i powtórka wczorajszej nocy z 'niewielkimi' zmianami. Jesteśmy do końca, bez konsekwencji. 
Pierwszy raz od dłuższego czasu wróciłam do domu w przyzwoitej porze. Co więcej, na którą powiedziałam, na tą byłam. Inna sprawa, że kilka razy podawałam inną godzinę. Liczy się efekt końcowy. 
.





Nie zadaje pytań, lubię kiedy patrzysz na mnie
Milczę, jakby ktoś trzymał zimny nóż na moim gardle
I choć chłód mnie przenika, to wszystko jest nieważne


 

I co? Że teraz moja kolej? No nie tym razem, mój drogi. Miałam podwójną. Teraz znowu Ty. Czekam cierpliwie. 


sobota, 2 kwietnia 2011

VII

A jednak. Jak to się dzieje, że kiedy ktoś ma problemy potrafię dać tysiące rad i rozwiązań a nie umiem poradzić sobie z własnym życiem? Tylko cholerna bezradność wobec wszystkiego. Bezradność lejąca się gorącymi strumieniami. To nie jest tak, że ja "zawsze wiedziałam co robić". Nie wiem nic. Wczorajszy dzień jest najlepszym na to dowodem. A te potoki łez, których nie można zatamować? Niezależne od mojej woli. Bez powodu. Nieuzasadnione. Tak po prostu. Nie mam na to wpływu. 
Nie oczekuje niczego. Nie potrzebuję żadnego pocieszania i tekstów w stylu "będzie dobrze". Bez działania nie będzie. Bez Ciebie byłoby ciężko. Dlatego nie oczekuję niczego. Tylko bądź. Po prostu bądź.
I nie wahaj się mówić o swoich problemach. Od tego są przyjaciele a tego typu niewiedza sprawia ból           i pozory braku ufności.


I to nie jest tak, że nie byłoby Cię. Byłabyś. Śmierć w takim wieku, komuś takiemu nie jest przeznaczona. Ty ją wykopałaś za drzwi. Nie ja. Ty jesteś silniejsza emocjonalnie. Przeszłaś więcej. Jesteś silniejsza.

Gdyby mnie nie było, nie było nigdy tutaj, tylko wakacje, może byłoby lepiej. Na pewno nie gorzej. Może tak samo.Nie wiem. Ale jestem. Na razie. Do czasu.



Taa. Nie ma to jak chodzenie po ciemku w praktyce, kiedy teoretycznie jest się gdzieś indziej.





Mamy siebie ale nie wiem czy mamy coś więcej.